Ja się czułem wolnym człowiekiem. I to było wspaniałe

Magda Mania
20.12.2010 , aktualizacja: 20.12.2010 16:25
A A A Drukuj
Kadr z filmu źródło: Discovery Historia Kadr z filmu "Z bojkotem w roli głównej"
13 grudnia 1981 roku. Najgorętszy dzień ostatniego, zimowego miesiąca roku. Tego roku. Gorącego dla wszystkich, także dla środowiska artystycznego, które w tym czasie przeżyło ostatni, jedyny taki w historii zryw jedności przeciw władzy.
Zbigniew Zapasiewicz
źródło: Discovery Historia
Zbigniew Zapasiewicz
Emilian Kamiński
źródło: Discovery Historia
Emilian Kamiński
Jan Englert
źródło: Discovery Historia
Jan Englert
Zbigniew Zapasiewicz: Jak stan wojenny wybuchł, to nastąpił pewien rodzaj otrzeźwienia. Tego rodzaju, że zorientowaliśmy się, że byliśmy dotąd używani w pewnym mechanizmie w sposób nieuczciwy. Stąd ten wybuch bojkotu, ruchu niedekretowanego i przez nikogo niezaprogramowanego.

13 grudnia 1981 roku w Polsce wprowadzony został stan wojenny. Na ulice wyjechały czołgi, wprowadzono godzinę policyjną. Do drzwi sklepowych zaczęły ustawiać się długie ogonki kolejek ludzi, chcących na kartki kupić cokolwiek do jedzenia. Wszyscy odczuli na sobie skutki erozji systemu, w którym dotychczas egzystowali, również artyści, szczególnie aktorzy, dotychczas "pieszczochy" władzy i bierni uczestnicy życia publicznego, ale mimo to ulubieńcy publiczności. Mówi o tym Jan Englert: Byliśmy ulubieńcami publiczności i byliśmy też kokietowani przez władzę. A ona chciała, by ulubieńcy byli za nią, chciała się z nami kolegować. To było takie zamknięte koło. "Pieszczochowatość" nasza polegała na tym, że jak potrzeba było komuś talonu na samochód, taki ulubieniec publiczności zasuwał do ministra handlu i prosił o taki talon albo sam minister dawał związkom zawodowym aktorów talony do rozdania. I koledzy z tego korzystali albo nie, ale z tego co wiem, to tylko dwóch nie skorzystało.

Oddanie partii, która tak wiele dawała w zamian za sygnowanie jej poczynań twarzą znanego artysty, była dla niektórych zbyt wysoką ceną do zapłacenia. Ten, kto miał sympatię ludzi, gwarantował też poparcie dla władzy i jej kontrowersyjnych decyzji. Ale aktorom to nie wystarczyło, przynajmniej niektórym. Szczególnie że większość z nich poczuła się w pewnym momencie jak bezwolne narzędzie, za którego pomocą można było zrobić niemal wszystko. Myśmy wtedy wszystkie media, wszystkie środki przekazu medialnego, traktowali jako tubę stanu wojennego - wspomina Englert. - Przy czym naturalnie nie chcieliśmy z nią współpracować. Więc wszyscy, którzy się z tego wyłamywali, popełniali kolejny grzech - wyłamywali się ze środowiska .

Od lat 70. zawód aktora cieszył się coraz większą popularnością wśród Polaków. W zamian za liczne przywileje wielu aktorów było skłonnych firmować swoją twarzą partię, na czym korzystały obie zainteresowane strony. Dlaczego jednak taką estymą cieszyły się właśnie środowiska artystów? Jak mówi dokumentalistka Dorota Buchwald z Instytutu Teatralnego, władza socjalistyczna miała pewną słabość do artystów: Sama nie czuła się zbyt pewnie w tematach artystycznych, dlatego w momencie, kiedy "nie karciła", tak jak po słynnej aferze z "Dziadami" w 1968 roku, to starała się sobie jakoś te łaski artystów jakoś zaskarbić. Oczywiście jedni pławili się w tych łaskach mniej, inni bardziej. Władza starała się pozyskać artystów dla propagandy. Szczególnie telewizja dbała o nich, budując znanymi nazwiskami prestiż tego medium.

Te głębokie ukłony w stronę władzy miały swoje bardziej lub mniej tragikomiczne momenty. Jak wspomina aktorka Ewa Dałkowska: Pamiętam taką sytuację, gdy pewnego razu kwiat aktorstwa polskiego zatańczył grupowo poloneza przed Gierkiem. I bardzo niewiele osób zorientowało się, że jest w tym coś idiotycznego: żeby tańczyć przed pierwszym sekretarzem poloneza, no po prostu... Jeden z naszych kolegów się specjalnie nawet pomylił, żeby wyodrębnili go jakoś z tej masy.

To właśnie sierpień 1980 roku był impulsem do aktywizacji środowiska aktorskiego, do tej pory stojącego gdzieś z boku życia publicznego. Przyznaje to Englert: Dzięki temu sierpniowi '80 nasza aktorska przyćmiona świadomość została wreszcie otwarta. A stan wojenny był zarazem kulminacją i sygnałem do podjęcia kolejnego kroku, jakim była otwarta niezgoda na działania władzy - do rozpoczęcia bojkotu masowego medium, czyli telewizji. To tam, w tym centrum dowodzenia tuby propagandy PRL-u, aktorka Magdalena Zawadzka pewnego dnia zawróciła na pięcie i zadała sobie pytanie: po co?: Każdy z nas sobie powiedział, że nie pójdzie do telewizji - mówi aktorka. Dlaczego? Ja nie mogłam sobie, ot tak, pójść i grać, jakby nic się nie stało, kiedy w bramie telewizji stał żołnierz z bronią, wszyscy łazili po budynku w mundurach, wiadomości podawał przebrany w mundur cywil... To było po prostu nie do pomyślenia, żebym ja poszła ulicami, na których stały czołgi, weszła w bramę telewizji i sobie grała jakby nigdy nic. Każdy z nas poczuł ten sam opór wewnętrzny.

Bojkot więc ruszył, korytarze telewizji wypełniały już niemal same wojskowe mundury. Ale nie "wybuchł" jednogłośnie. Jak wspomina Joanna Szczepkowska: Można powiedzieć, że teatr się wtedy podzielił: na działaczy i na tych, których to mało interesowało. I ten podział był o tyle nowy, że on scalił w teatrze środowisko składu technicznego ze środowiskiem zespołu artystycznego. Zaczęliśmy się dopiero wtedy przyjaźnić i poznawać.

Sprawa dobrego smaku

Najciemniej było jednak jak zwykle pod latarnią. Andrzej Kurz, prezes TVP 1981-83, tak wspomina pierwsze dni bojkotu: Myśmy byli zaskoczeni. Prawdę mówiąc, nikt nam o tym nie powiedział, najpierw była bezpieka, a potem redaktorzy, którzy przyszli i powiedzieli, że aktorzy bojkotują. Oczywiście, aktor to jest obywatel, ja temu nie przeczę i ma prawo zachowywać się obywatelsko, ale jeśli chce uprawiać politykę, to jest po prostu głupi. Ośmieszyli się. Kochamy ich przecież za coś innego.

Bojkot żył już jednak swoim życiem, wdzierając się w tryby hierarchii, jaka porządkowała środowisko aktorów. Wykraczał poza profesję, poza środowisko i był dla nich przede wszystkim symbolem bezkrwawego oporu, symbolem przyzwoitości. Większość z nich, tak jak Emilian Kamiński, choć nie była od początku w centrum tego zdarzenia, szybko i przede wszystkim z ogromnym entuzjazmem zaczęła się do niej przyłączać: Ja to od razu to tak odebrałem, że to jest przeciwko tej głupocie i hegemonii, durnowatości takiej, więc się od razu podpisałem pod tym obiema rękami. Nie miałem żadnych wątpliwości, że to jest konieczne. Bardzo mi się podobało, że wreszcie aktorstwo polskie zareagowało w taki sposób bardzo zdeterminowany - to było bardzo dobre, ponieważ ludzie, którzy pracują "udając", potrafią być także osobami. Potrafią nie tylko grać, ale i być.

Byli jednak aktorzy, którzy otwarcie sprzeciwiali się "fermentowi" wśród aktorów - jednym z nich był Janusz Kłosiński. W jednej z gazet wyznał, dlaczego nie wziął udziału w bojkocie: Wystąpiłem w Dzienniku Telewizyjnym, gdyż uważałem, że można w obywatelski, społecznie pożyteczny sposób, wykorzystać tę odrobinę popularności aktorskiej. Patrzę z niepokojem na mój kraj i liczę tylko na własne siły. Krytykował kolegów, którzy wystąpili przeciwko władzy, ale i oni nie pozostawali mu dłużni - dostał łatkę kolaboranta, podobnie jak odtwórca roli Hansa Klossa, Stanisław Mikulski. Ale nie to było najgorsze: najbardziej dotkliwe były skutki spotkań z żywą publiczności, bywającą wówczas jeszcze licznie w teatrach, ale w której zachowaniu na widowni nie było ani odrobiny uznania.

Buchwald: Samo zjawisko odrzucenia przez publiczność aktorów, którzy opowiedzieli się przeciwko bojkotowi, nie było żadną sterowaną akcją. Byłam na takim przedstawieniu w Teatrze Polskim na sztuce Jerzego Żuka. Grający w niej Stanisław Mikulski wszedł na scenę od strony widowni i kiedy się pojawił w drzwiach sali, zaczęło się. Ktoś zaczął, dalej podchwycono i to narastało: trwające kilkanaście minut głośne brawa, mające zagłuszyć aktora. Do dzisiaj czuję atmosferę tej widowni, bo tego nie można było zakazać: to nie były pistolety ani bomby, każdy mógł przecież klaskać. Ale to było coś bardzo dramatycznego, dla aktora niezwykle trudnego.

Sztuka jednak nie zniosła takiej próżni. O ile bojkot podzielił środowisko artystyczne i "wyczyścił" scenę z wielkich aktorskich nazwisk, to dał jednocześnie szansę na zaistnienie aktorom mniej znanym, pochodzących z teatrów z prowincji. W 1982 rozpoczęto przenoszenie ich spektakli do Teatru Telewizji - spektakl "Pierwszy dzień wolności" Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie był jedną z głośniejszych sztuk tego czasu. Nie tylko ze względu na jej tematykę, ale i otoczkę, w jakiej ją przygotowano i o której mówi Ewa Dałkowska: Gogolewski, kiedy dyrektorował w Lublinie, powiedział mi, że wziął tych swoich aktorów i rzekł im, że będą siedzieć w studio nawet do 12. w nocy, dopóki nie podpiszą protestu wobec bojkotu. Wtóruje jej Andrzej Piszczatowski: Z tego, co wiem, zaszantażował swoich aktorów, że jeżeli nie wystąpią w telewizji, to ich zwolni. Z kolei sam Ignacy Gogolewski, dyrektor lubelskiego teatru, broni się: Stanąłem przed zespołem i powiedziałem: Koledzy, zastanówmy się, co my robimy. Czy to jest sytuacja naszego zawodu, czy środowiskowa, czy społeczeństwa? Nie, dlaczego. My nie występujemy w telewizji, odpowiedzieli. Warszawa występuje. A jak ona nie chce, to my to zrobimy. Ja dostałem przyzwolenie - to nie jest tak, że ja wywoływałem jakąś presję. Wykonywaliśmy po prostu naszą powinność. Jakkolwiek nie było, sztuki nie tylko lubelskiego teatru zaczęły wypełniać poniedziałkowe pasmo Teatru Telewizji.

Teatr domowy

Aktorom jednak zaczął mocno doskwierać brak kontaktu z publicznością. Teatr zaczął więc przenosić się w różne miejsca, w tym do prywatnych mieszkań i kościołów. Nie było w tym jednak żadnej chałtury, wręcz przeciwnie. Sztuki, które wystawiano w ciasnych czterech ścianach M2 lub chłodnych murach świątyń, nabierały jeszcze większego znaczenia. Spektakle uświetniały "ustawione" urodziny, imieniny, nawet wesela, a aktorzy prosili, by zamiast końcowych braw goście wykrzykiwali "sto lat" lub "zdrowia" dla zachowania pozorów i zgodnie z "właściwą", zabawową tematyką spotkania. Niestety, rzadko ich prośby przebijały się przez salwy oklasków zgromadzonej wokół prowizorycznej sceny zachwyconej publiczności. Kamiński: Nigdy tekst w tym teatrze domowym, gdzie ludzie aktorowi dosłownie na głowie siedzieli, nie docierał tak efektywnie do widzów jak wtedy. Nigdy wcześniej ani potem nie było tak dużej potrzeby obcowania widza z aktorem właśnie wtedy, w tym poczuciu zagrożenia. I dla nas, dla mnie było to coś, że ja się czułem wolnym człowiekiem. I to było wspaniałe.

Nie obyło się jednak bez małych, ale zabawnych "wpadek". Piszczatowski wspomina jedną z nich: To była rewelacja u pani nazwiskiem Wrona, mieszkającej na Pradze. Bo tam obraziła się babcia, gdy śpiewaliśmy: "Ja się WRON-ą pierdo***ną nie przejmuję", bo była zbieżność nazwiska.

W końcu Służby Bezpieczeństwa zainteresowały się nielegalnymi teatrami domowymi. W październiku 1983 roku założono akta sprawy o kryptonimie "Teatr". Zaczęły pojawiać się raporty, aktorzy byli obserwowani, teczki akt wypełniały się donosami na "artystów niepokornych". Jednym z nich był właśnie Emilian Kamiński, który szczerze zdziwił się, widząc niepochlebne zawiadomienia agentów SB na swój temat: Tam nawet było napisane, że "szkalowałem ustrój", "osoby polityczne". Używane były takie "grube" słowa: że jestem szkodliwy społecznie. Tak to postrzegali: że coś im się wymknęło spod kontroli i uważali, że jest to coś bardzo groźnego.

Konspiracja aktorów działała jednak w jakimś stopniu dość sprawnie. Informacje o spektaklach, których odbywały się setki, nie przeciekały tak łatwo do prasy, podobnie zresztą jak spotkania w kościołach. Ludzie nie donosili, bo nie chcieli ich zamknięcia. Potrzebowali ich, bo była to jedyny objaw normalnego życia kulturalnego. Każdy szukał tego zakonspirowanego teatru, takiego wentylu normalności, nawet agenci mający go inwigilować. Englert: Kiedy graliśmy w kościołach, jeden z urzędników państwowych wezwał mnie na rozmowę o tym, dlaczego ja, będący jednocześnie wykładowcą w szkole, biorę w tym udział. A ja na to: "Gdyby pan widział te piękne, czyste twarze słuchających nas ludzi...". A on mi na to: "Co pan pieprzy, przecież połowa to nasi!".

Pozory normalności

Tymczasem telewizja z powodu braku żywych aktorów zaczęła korzystać ze swoich archiwalnych nagrań. Telewizyjny strumień wypełniały więc Festiwale Piosenki Żołnierskiej, Radzieckiej, a także stare seriale i filmy. Kurz przyznaje, że nie byli w tak tragicznej sytuacji, jakby się to bojkotującym aktorom mogło wydawać: Nie byłem tym bojkotem tak strasznie przejęty, ponieważ mieliśmy tak duży zapas materiału, że program byśmy wypełnili. Rzecz jednak w tym, że ci wszyscy pułkownicy ogromnie protestowali, gdy puszczaliśmy film z aktorem, który właśnie bojkotował. A że to, że aktor protestował? To już nie było ważne - materiał był zapłacony i aktor nie miał innego prawa poza moralnym, by protestować.

Podziel się

Znajdź studia, kursy i szkolenia