Jakie czasy, taka miłość
15.10.2009
, aktualizacja: 19.10.2009 15:12
Przeżyła wojnę - wejście Rosjan, rzeź Wołynia, przymusowe roboty w niemieckiej fabryce. W lagrze, na przekór wszystkiemu, znalazła miłość, która przetrwała do dziś.
ZOBACZ TAKŻE
- Cywile na wojskowych uczelniach (07-10-09, 09:17)
- Najtragiczniejsze katastrofy PRL-u (25-09-09, 13:14)
- Dziennikarz: ta praca nigdy się nie kończy (05-09-11, 00:00)
- Wpadki w filmach historycznych (28-05-11, 11:13)
Irena Dziemianko urodziła się w 1930 r. Od 61 lat jest żoną Józefa Dziemianko (ur. 1920 r.). Z pochodzenia Polka, choć urodzona w Farnie we Francji. Jej rodzice wyjechali z kraju za chlebem. Postępujące bezrobocie spowodowało, że cała rodzina powróciła w ojczyste strony - do Milanowicz w gminie Stare Koszary. Wybuch II wojny światowej w 1939 r., wejście Rosjan i zapoczątkowana w 1943 r. rzeź na Wołyniu zmusiły ich do ucieczki do Kowla, co ocaliło całą rodzinę od śmierci. Nie zważali na brak pożywienia, spali pod gołym niebem, w zbożu. W tym okresie pani Irena przerwała edukację, której nigdy już nie wznowiła.
W 1944 roku, na skutek nadejścia frontu i masowych wygnań, rodzina powróciła do Milanowicz. Na miejscu domu zastali zgliszcza, ocalał jedynie komin i piec chlebowy. Zamieszkali w opuszczonych barakach niemieckich, bez jakichkolwiek środków do życia. Pani Irena i jej bliscy znaleźli się na liście osób do wysiedlenia. Trafili do lagru w miejscowości Luboml, niedaleko Brześcia. Kilka dni później przewieziono ich do Białegostoku, a później do warszawskiego więzienia przy ul. Skaryszewskiej. Nastąpiła segregacja i wywóz do Niemiec na przymusowe roboty. Wszystkich umieszczono w lagrze w Emmendingen (Baden Baden).
Praca w fabryce "Rumie", zajmującej się wówczas produkcją włókien i części samolotów, była bardzo ciężka. Kres nadszedł w 1945 roku, kiedy zbombardowano fabrykę. Wówczas zginął ojciec pani Ireny. Pozostałych przy życiu prowadzono pieszo do krematorium, gdzie mieli pożegnać się z życiem. Front w tamtym rejonie zmusił jednak marsz do odwrotu. Dwa dni spędzili w zniszczonym kinie, odgłosy strzałów wywoływały ogromną panikę. Pani Irena do dziś pamięta słowa Niemca: "Niech każdy idzie tam, gdzie chce". Dzięki okazanej przez niego ludzkiej twarzy wróciła na teren byłej fabryki. Przebywała tam około roku (w tym czasie poznała Józefa Dziemianko), by w 1946 r. wrócić na stałe do Polski, do miejscowości Simsdorf (obecnie Szymanów).
Katarzyna Stec: Jak się państwo poznali?
Irena Dziemianko: Tuż po wyzwoleniu w Niemczech. Wcześniej pracowaliśmy razem w obozie, ale nie znaliśmy się osobiście. Po wyzwoleniu wszyscy młodzi zaczęli chodzić na zabawy. Ja też.
Tam zaiskrzyło?
Mnóstwo chłopców tam przychodziło. Głównie francuscy żołnierze, bo to oni organizowali te potańcówki. Obozowych szaraczków nie bardzo chcieli wpuszczać. Toż to konkurencja do babskiej spódnicy była, ale nielicznych wpuszczali. A ci łypali okiem na wszystkie dziewuchy. I Józek chyba też tak łypnął. Raz a dobrze.
Podobał się pani?
Coś w nim było takiego. Trudno to nazwać. Może fascynowało mnie to, że interesuje się mną 26-letni mężczyzna, bo ja przecież miałam wówczas dopiero 16 lat. Potrafił mnie podejść (śmiech). Prowadzał mnie za rękę. Wszyscy patrzyli. A ja czułam się i dumna, i zawstydzona.
Pomyślała pani wtedy, że to "ten jedyny"?
A skąd! Za młoda byłam. W 1946 roku przyjechaliśmy razem do Polski na zaproszenie wujka z lubelskiego. Po jakimś czasie mój brat zabrał nas na Dolny Śląsk, gdzie mieszkamy do dzisiaj. Wkrótce po przyjeździe okazało się, że Józek ma rodzinę w okolicach Kłodzka, więc pojechał do niej.
Długo go nie było?
Prawie rok. Tęskniłam. Pisał listy. Nawet często, ale czasem myślałam, że już wcale nie wróci. Młodziutka byłam, a wojna nauczyła nieufności.
Ale wrócił.
Wrócił. I to zakochany. Na szczęście nadal we mnie (śmiech). Akurat osiągnęłam pełnoletność. W 1948 roku wzięliśmy ślub kościelny.
Była pani nastolatką. Nie zwracała zatem uwagi na innych mężczyzn?
Pewnie, że zwracałam. Nawet bardziej oni na mnie, niż ja na nich. Miałam kilku adoratorów jeszcze w Niemczech. Był taki jeden Zbyszek. Boże, jak on za mną przepadał! Tak namawiał, żeby z nim wyjechać do Warszawy.
I nic z tego?
Oj tak, uparta byłam. Ale może i dobrze. Sam Zbyszek pisał potem w jednym z listów, że w Warszawie mama szybko wybiła mu z głowy żeniaczkę i pogoniła do szkoły (śmiech). Ale nie on jeden odszedł z zawiedzioną miną.
To było ich więcej?
W 1944 roku, na skutek nadejścia frontu i masowych wygnań, rodzina powróciła do Milanowicz. Na miejscu domu zastali zgliszcza, ocalał jedynie komin i piec chlebowy. Zamieszkali w opuszczonych barakach niemieckich, bez jakichkolwiek środków do życia. Pani Irena i jej bliscy znaleźli się na liście osób do wysiedlenia. Trafili do lagru w miejscowości Luboml, niedaleko Brześcia. Kilka dni później przewieziono ich do Białegostoku, a później do warszawskiego więzienia przy ul. Skaryszewskiej. Nastąpiła segregacja i wywóz do Niemiec na przymusowe roboty. Wszystkich umieszczono w lagrze w Emmendingen (Baden Baden).
Praca w fabryce "Rumie", zajmującej się wówczas produkcją włókien i części samolotów, była bardzo ciężka. Kres nadszedł w 1945 roku, kiedy zbombardowano fabrykę. Wówczas zginął ojciec pani Ireny. Pozostałych przy życiu prowadzono pieszo do krematorium, gdzie mieli pożegnać się z życiem. Front w tamtym rejonie zmusił jednak marsz do odwrotu. Dwa dni spędzili w zniszczonym kinie, odgłosy strzałów wywoływały ogromną panikę. Pani Irena do dziś pamięta słowa Niemca: "Niech każdy idzie tam, gdzie chce". Dzięki okazanej przez niego ludzkiej twarzy wróciła na teren byłej fabryki. Przebywała tam około roku (w tym czasie poznała Józefa Dziemianko), by w 1946 r. wrócić na stałe do Polski, do miejscowości Simsdorf (obecnie Szymanów).
Katarzyna Stec: Jak się państwo poznali?
Irena Dziemianko: Tuż po wyzwoleniu w Niemczech. Wcześniej pracowaliśmy razem w obozie, ale nie znaliśmy się osobiście. Po wyzwoleniu wszyscy młodzi zaczęli chodzić na zabawy. Ja też.
Tam zaiskrzyło?
Mnóstwo chłopców tam przychodziło. Głównie francuscy żołnierze, bo to oni organizowali te potańcówki. Obozowych szaraczków nie bardzo chcieli wpuszczać. Toż to konkurencja do babskiej spódnicy była, ale nielicznych wpuszczali. A ci łypali okiem na wszystkie dziewuchy. I Józek chyba też tak łypnął. Raz a dobrze.
Podobał się pani?
Coś w nim było takiego. Trudno to nazwać. Może fascynowało mnie to, że interesuje się mną 26-letni mężczyzna, bo ja przecież miałam wówczas dopiero 16 lat. Potrafił mnie podejść (śmiech). Prowadzał mnie za rękę. Wszyscy patrzyli. A ja czułam się i dumna, i zawstydzona.
Pomyślała pani wtedy, że to "ten jedyny"?
A skąd! Za młoda byłam. W 1946 roku przyjechaliśmy razem do Polski na zaproszenie wujka z lubelskiego. Po jakimś czasie mój brat zabrał nas na Dolny Śląsk, gdzie mieszkamy do dzisiaj. Wkrótce po przyjeździe okazało się, że Józek ma rodzinę w okolicach Kłodzka, więc pojechał do niej.
Długo go nie było?
Prawie rok. Tęskniłam. Pisał listy. Nawet często, ale czasem myślałam, że już wcale nie wróci. Młodziutka byłam, a wojna nauczyła nieufności.
Ale wrócił.
Wrócił. I to zakochany. Na szczęście nadal we mnie (śmiech). Akurat osiągnęłam pełnoletność. W 1948 roku wzięliśmy ślub kościelny.
Była pani nastolatką. Nie zwracała zatem uwagi na innych mężczyzn?
Pewnie, że zwracałam. Nawet bardziej oni na mnie, niż ja na nich. Miałam kilku adoratorów jeszcze w Niemczech. Był taki jeden Zbyszek. Boże, jak on za mną przepadał! Tak namawiał, żeby z nim wyjechać do Warszawy.
I nic z tego?
Oj tak, uparta byłam. Ale może i dobrze. Sam Zbyszek pisał potem w jednym z listów, że w Warszawie mama szybko wybiła mu z głowy żeniaczkę i pogoniła do szkoły (śmiech). Ale nie on jeden odszedł z zawiedzioną miną.
To było ich więcej?
Najczęściej czytane24 htydzień
