Porozumienia sierpniowe 1980 r.
27.08.2010
, aktualizacja: 30.08.2010 11:07
21 postulatów porozumień podpisanych 31 sierpnia 1980 roku przez komitet strajkowy stoczni gdańskiej i przedstawicieli władzy ludowej zapoczątkowało nowy etap historii PRL - swoisty karnawał wolności. Jednak droga do ich uchwalenia była niesamowicie trudna, a w pewnych momentach trwania strajku wydawało się wręcz, że nie uda się tego zrobić.
ZOBACZ TAKŻE
- Zeszyt z końca świata (10-12-09, 17:46)
- Działalność Solidarności 1980 - 1981 (06-08-09, 13:38)
GALERIA ZDJĘĆ
- Internowani - dokumenty, portrety, warunki życia (12-03-07, 09:07)
Sytuacja gospodarcza stawała się coraz gorsza: spadała produkcja, wzrastał zagraniczny dług PRL, a ceny żywności były coraz wyższe. PRL-owski reżim, którego znakiem rozpoznawczym była wszechobecna cenzura, puste półki sklepowe i ciągłe podwyżki cen, a także prześladowania przeciwników systemu, sprawił, że sytuacja w kraju była napięta na tyle, że wystarczyła iskra, by wybuchły protesty na niespotykaną dotąd skalę.
Zwolnienie ze Stoczni Gdańskiej działaczki nielegalnych wolnych związków zawodowych Anny Walentynowicz było właśnie tym impulsem. Pięciu stoczniowców: Jerzy Borowczak, Bogdan Borusewicz, Ludwik Prądzyński, Bogdan Felski oraz zwolniony ze stoczni w 1976 roku Lech Wałęsa zdecydowało o organizacji strajku okupacyjnego. Cel był jeden: opanowanie stoczni i wstrzymanie produkcji w jednym z najbardziej dochodowych państwowych zakładów w zamian za realizację sformułowanych przez organizatorów postulatów. Na początku wysunięto trzy żądania: przywrócenie do pracy Walentynowicz, dodatek drożyźniany do pensji oraz podwyżka - początkowo 200-złotowa, ale pod wpływem Felskiego, który chciał zwrócić większą uwagę na postulaty strajkujących, kwotę tę zwiększono do 2000 złotych. Jak się wkrótce okazało, ulotki z absurdalnie wygórowanymi żądaniami trafiły na podatny grunt, choć pierwsze chwile protestu wcale nie były budujące dla organizatorów. 14 sierpnia w stoczni zamiast pięciu organizatorów pojawiło się dwóch - i to na nich spoczął obowiązek skrzyknięcia stoczniowców. Nie było łatwo, ale już wkrótce trzy większe grupy pracowników pojawiły się pod bramą stoczni, czekając na dalsze instrukcje. Ryzyko akcji było jednak ogromne: by nie powtórzyć tragicznych zajść z grudnia 1970 roku, stoczniowców nie można było wypuścić poza bramy zakładu. Wreszcie pojawił się Lech Wałęsa: wdrapawszy się na bramę, przeskoczył ją i przemówił do strajkujących, dodając im otuchy i przekonując o słuszności protestu. Rozpoczęło się koczowanie pod bramą i oczekiwanie na rozmowy z dyrekcją.
Dyrekcja szybko przystała na podwyżki i przywrócenie Walentynowicz na stanowisko suwnicowej - po to tylko, by jak najszybciej przywrócić pracę w zakładzie. Zadowoleni z takiego obrotu spraw stoczniowcy zaczęli powoli opuszczać szeregi strajkujących. Jednak obietnica realizacji kilku punktów z listy, na dodatek tylko ustna, nie wystarczała organizatorom protestu. Czuli, że jest to odpowiedni moment, by weszły w życie nie tylko w stoczni, ale i w innych zakładach pracy na terenie kraju głębsze zmiany. Komitet stoczniowy rozpoczął więc prace nad kolejnymi postulatami, których liczba z początku sięgała aż 90. Wreszcie udało się ją skrócić do 21 - "oczka", jak stwierdził Wałęsa. Postulaty wypisano na drewnianych tablicach.
Wsparcie duchowe i materialne
O ile jednak cel akcji był słuszny, a w Gdańsku oraz innych państwowych zakładach pracy w całej Polsce zawiązywały się co rusz kolejne komitety strajkowe, to ludzi zniechęciła do trwania w dalszym proteście zwykła tęsknota za domem i znużenie. Potrzebny był kolejny impuls, który sprawiłby, że strajk ponownie przybrałby na sile. Komitet postanowił zorganizować więc mszę świętą w niedzielę 17 sierpnia, na którą otrzymał zgodę wojewody. Jedynym chętnym do odprawienia nabożeństwa był ks. Henryk Jankowski - działacz opozycyjny, który zanim przystąpił do odprawienia liturgii, spisał testament na wypadek prześladowania go przez władze. Msza odniosła pożądany skutek: scementowała stoczniowców, a na bramie zawisł obraz papieża Jana Pawła II, przed którym od strony miasta zaczęły się gromadzić tłumy - głównie stoczniowców, którzy po początkowym etapie strajku wrócili do domów, a teraz ponownie przechodzili na stronę strajkujących. Dodatkowo z całego województwa napływało dla stoczniowców ogromne wsparcie w postaci żywności i składek pieniężnych - ono również sprawiło, że postulaty zyskiwały na mocy. Strajk zyskał potężne poparcie społeczne, które na tym etapie nie mogło ujść uwadze PRL-owskich władz, biorących do tej pory pod uwagę szybką pacyfikację protestu przy użyciu siły.
Przyparte do muru PZPR zdecydowało się wysłać delegację z Warszawy pod przewodnictwem Mieczysława Jagielskiego, która miała dojść do porozumienia ze strajkującymi. O ile jednak autobus wiozący przedstawicieli władzy do bram stoczni dotarł w asyście ochrony, tak już na teren zakładu wjechał bez niej. Ludowi działacze przeżyli chwile grozy, gdy wzburzeni stoczniowcy zaatakowali pojazd, ruszając nim gwałtownie z boku na bok. Organizatorzy strajku, dla dobra rozmów, zadbali jednak o eskortę dla delegatów do sali obrad. W końcu obie strony zasiadły do rozmów w stoczniowej sali BHP: po jednej stronie stołu Mieczysław Jagielski wraz z innymi przedstawicielami rządu, po drugiej stoczniowcy pod przywództwem Lecha Wałęsy - wspierani przez czuwającą nad prawidłowym przebiegiem rozmów tzw. grupę ekspertów, w której był m.in. Bronisław Geremek .
Determinacja stoczniowców była ogromna: 10 dni negocjacji i 10 nocy spędzonych w tej samej sali BHP, w której prowadzono negocjacje. Podczas krótkich przerw mogli się tylko posilić lub odświeżyć, korzystając szybko z prysznica. Stres i znużenie szybko dawały im się jednak we znaki. Pełne napięcia chwile przeżywali po raz pierwszy, gdy Jagielski niemal na samym początku, chcąc już zakończyć negocjacje, dał słowo stoczniowcom - bez omawiania kolejnych postulatów - że wszystkie zostaną przez władzę ludową uznane za zobowiązujące, byleby tylko wszyscy wrócili już do pracy. Wałęsa był jednak nieugięty: nie przyjął kuszącej, ale ogólnikowej obietnicy rzuconej przez Jagielskiego. Rozmowy trwały więc dalej.
Niepewność strajkujących wzbudziło też to, jak niemal bezkrytycznie władze zatwierdzały kolejne punkty postulatów. Gdy po 10 dniach okazało się, że kompromis został zawarty, organizatorzy nieufnie zaczęli przeglądać wszystkie dokumenty - podejrzewali, że gdzieś popełnili błąd, że w którymś miejscu coś pozostało niejasne na tyle, by władza mogła to potem wykorzystać przeciwko nim. Wszystko jednak było w porządku, Jagielski wyraził chęć podpisania postulatów. Strajk miał się ku końcowi.
Brak rąk... do pisania na maszynie
Zwycięstwo stoczniowców znów jednak napotkało na przeszkodę: spisane ręcznie postulaty zatwierdzone przez Mieczysława Jagielskiego musiały zostać przelane na papier przy użyciu maszyny do pisania. Jak na ironię w całej stoczni nie było ani jednej osoby, która umiałaby pisać na maszynie. Gdy wreszcie znaleziono kobietę, która stwierdziła, że potrafi to zrobić, okazało się, że umie co prawda pisać, ale tylko jednym palcem. Spisywanie postulatów przedłużało się w nieskończoność, a napięcie i oczekiwanie rosło. Wreszcie dokument był gotowy, Wałęsa wziął do ręki wręczony mu przez Felskiego legendarny ogromny długopis z wizerunkiem papieża i wraz z członkiem Komitetu Centralnego PZPR 31 sierpnia złożyli swoje podpisy pod porozumieniem. Po wielu dniach nastąpił w końcu przełom, w co trudno było niektórym uwierzyć - większość z 21 postulatów, niektóre w odrobinę zmienionej wersji, weszło w życie, choć na krótko.
Wydarzenia z sierpnia 1980 były pierwszym momentem, w którym władza ludowa, zazwyczaj uciekająca się do używania siły w tłumieniu wszelkich społecznych protestów, została zmuszona do pertraktacji ze stoczniowcami jak równy z równym. Jednym z ważniejszych zrealizowanych punktów słynnej listy było utworzenie niezależnych związków zawodowych, które miały bronić praw pracowników i m.in. brać udział w ustalaniu wysokości wynagrodzenia, poprawieniu warunków pracy służby zdrowia. Wynegocjowano ograniczenie cenzury oraz zwiększenie wypłat, a także przywrócenie do pracy zwolnionych w latach 1970 i 1976 uczestników strajków. Porozumienia zmieniły jednak nie tylko - choć na krótko - sytuację socjalną wszystkich pracujących, ale przede wszystkim mentalność Polaków, którzy zaczęli się solidaryzować z grupą nieznanych ludzi, walczących o polepszenie warunków życia całego narodu.
Zobacz jak doszło do podpisania przełomowych porozumień sierpniowych w programie "Solidarność, początek rewolucji" 30 sierpnia, w poniedziałek o godz. 15:30 na kanale Discovery World.

Zwolnienie ze Stoczni Gdańskiej działaczki nielegalnych wolnych związków zawodowych Anny Walentynowicz było właśnie tym impulsem. Pięciu stoczniowców: Jerzy Borowczak, Bogdan Borusewicz, Ludwik Prądzyński, Bogdan Felski oraz zwolniony ze stoczni w 1976 roku Lech Wałęsa zdecydowało o organizacji strajku okupacyjnego. Cel był jeden: opanowanie stoczni i wstrzymanie produkcji w jednym z najbardziej dochodowych państwowych zakładów w zamian za realizację sformułowanych przez organizatorów postulatów. Na początku wysunięto trzy żądania: przywrócenie do pracy Walentynowicz, dodatek drożyźniany do pensji oraz podwyżka - początkowo 200-złotowa, ale pod wpływem Felskiego, który chciał zwrócić większą uwagę na postulaty strajkujących, kwotę tę zwiększono do 2000 złotych. Jak się wkrótce okazało, ulotki z absurdalnie wygórowanymi żądaniami trafiły na podatny grunt, choć pierwsze chwile protestu wcale nie były budujące dla organizatorów. 14 sierpnia w stoczni zamiast pięciu organizatorów pojawiło się dwóch - i to na nich spoczął obowiązek skrzyknięcia stoczniowców. Nie było łatwo, ale już wkrótce trzy większe grupy pracowników pojawiły się pod bramą stoczni, czekając na dalsze instrukcje. Ryzyko akcji było jednak ogromne: by nie powtórzyć tragicznych zajść z grudnia 1970 roku, stoczniowców nie można było wypuścić poza bramy zakładu. Wreszcie pojawił się Lech Wałęsa: wdrapawszy się na bramę, przeskoczył ją i przemówił do strajkujących, dodając im otuchy i przekonując o słuszności protestu. Rozpoczęło się koczowanie pod bramą i oczekiwanie na rozmowy z dyrekcją.
Dyrekcja szybko przystała na podwyżki i przywrócenie Walentynowicz na stanowisko suwnicowej - po to tylko, by jak najszybciej przywrócić pracę w zakładzie. Zadowoleni z takiego obrotu spraw stoczniowcy zaczęli powoli opuszczać szeregi strajkujących. Jednak obietnica realizacji kilku punktów z listy, na dodatek tylko ustna, nie wystarczała organizatorom protestu. Czuli, że jest to odpowiedni moment, by weszły w życie nie tylko w stoczni, ale i w innych zakładach pracy na terenie kraju głębsze zmiany. Komitet stoczniowy rozpoczął więc prace nad kolejnymi postulatami, których liczba z początku sięgała aż 90. Wreszcie udało się ją skrócić do 21 - "oczka", jak stwierdził Wałęsa. Postulaty wypisano na drewnianych tablicach.
Wsparcie duchowe i materialne
O ile jednak cel akcji był słuszny, a w Gdańsku oraz innych państwowych zakładach pracy w całej Polsce zawiązywały się co rusz kolejne komitety strajkowe, to ludzi zniechęciła do trwania w dalszym proteście zwykła tęsknota za domem i znużenie. Potrzebny był kolejny impuls, który sprawiłby, że strajk ponownie przybrałby na sile. Komitet postanowił zorganizować więc mszę świętą w niedzielę 17 sierpnia, na którą otrzymał zgodę wojewody. Jedynym chętnym do odprawienia nabożeństwa był ks. Henryk Jankowski - działacz opozycyjny, który zanim przystąpił do odprawienia liturgii, spisał testament na wypadek prześladowania go przez władze. Msza odniosła pożądany skutek: scementowała stoczniowców, a na bramie zawisł obraz papieża Jana Pawła II, przed którym od strony miasta zaczęły się gromadzić tłumy - głównie stoczniowców, którzy po początkowym etapie strajku wrócili do domów, a teraz ponownie przechodzili na stronę strajkujących. Dodatkowo z całego województwa napływało dla stoczniowców ogromne wsparcie w postaci żywności i składek pieniężnych - ono również sprawiło, że postulaty zyskiwały na mocy. Strajk zyskał potężne poparcie społeczne, które na tym etapie nie mogło ujść uwadze PRL-owskich władz, biorących do tej pory pod uwagę szybką pacyfikację protestu przy użyciu siły.
Przyparte do muru PZPR zdecydowało się wysłać delegację z Warszawy pod przewodnictwem Mieczysława Jagielskiego, która miała dojść do porozumienia ze strajkującymi. O ile jednak autobus wiozący przedstawicieli władzy do bram stoczni dotarł w asyście ochrony, tak już na teren zakładu wjechał bez niej. Ludowi działacze przeżyli chwile grozy, gdy wzburzeni stoczniowcy zaatakowali pojazd, ruszając nim gwałtownie z boku na bok. Organizatorzy strajku, dla dobra rozmów, zadbali jednak o eskortę dla delegatów do sali obrad. W końcu obie strony zasiadły do rozmów w stoczniowej sali BHP: po jednej stronie stołu Mieczysław Jagielski wraz z innymi przedstawicielami rządu, po drugiej stoczniowcy pod przywództwem Lecha Wałęsy - wspierani przez czuwającą nad prawidłowym przebiegiem rozmów tzw. grupę ekspertów, w której był m.in. Bronisław Geremek .
Determinacja stoczniowców była ogromna: 10 dni negocjacji i 10 nocy spędzonych w tej samej sali BHP, w której prowadzono negocjacje. Podczas krótkich przerw mogli się tylko posilić lub odświeżyć, korzystając szybko z prysznica. Stres i znużenie szybko dawały im się jednak we znaki. Pełne napięcia chwile przeżywali po raz pierwszy, gdy Jagielski niemal na samym początku, chcąc już zakończyć negocjacje, dał słowo stoczniowcom - bez omawiania kolejnych postulatów - że wszystkie zostaną przez władzę ludową uznane za zobowiązujące, byleby tylko wszyscy wrócili już do pracy. Wałęsa był jednak nieugięty: nie przyjął kuszącej, ale ogólnikowej obietnicy rzuconej przez Jagielskiego. Rozmowy trwały więc dalej.
Niepewność strajkujących wzbudziło też to, jak niemal bezkrytycznie władze zatwierdzały kolejne punkty postulatów. Gdy po 10 dniach okazało się, że kompromis został zawarty, organizatorzy nieufnie zaczęli przeglądać wszystkie dokumenty - podejrzewali, że gdzieś popełnili błąd, że w którymś miejscu coś pozostało niejasne na tyle, by władza mogła to potem wykorzystać przeciwko nim. Wszystko jednak było w porządku, Jagielski wyraził chęć podpisania postulatów. Strajk miał się ku końcowi.
Jakimi drogami podążają kunszt malarski, rzeźbiarski, architektura, zdobnictwo?
Sprawdź w nowej kolekcji "Historia Sztuki".
Brak rąk... do pisania na maszynie
Zwycięstwo stoczniowców znów jednak napotkało na przeszkodę: spisane ręcznie postulaty zatwierdzone przez Mieczysława Jagielskiego musiały zostać przelane na papier przy użyciu maszyny do pisania. Jak na ironię w całej stoczni nie było ani jednej osoby, która umiałaby pisać na maszynie. Gdy wreszcie znaleziono kobietę, która stwierdziła, że potrafi to zrobić, okazało się, że umie co prawda pisać, ale tylko jednym palcem. Spisywanie postulatów przedłużało się w nieskończoność, a napięcie i oczekiwanie rosło. Wreszcie dokument był gotowy, Wałęsa wziął do ręki wręczony mu przez Felskiego legendarny ogromny długopis z wizerunkiem papieża i wraz z członkiem Komitetu Centralnego PZPR 31 sierpnia złożyli swoje podpisy pod porozumieniem. Po wielu dniach nastąpił w końcu przełom, w co trudno było niektórym uwierzyć - większość z 21 postulatów, niektóre w odrobinę zmienionej wersji, weszło w życie, choć na krótko.
Wydarzenia z sierpnia 1980 były pierwszym momentem, w którym władza ludowa, zazwyczaj uciekająca się do używania siły w tłumieniu wszelkich społecznych protestów, została zmuszona do pertraktacji ze stoczniowcami jak równy z równym. Jednym z ważniejszych zrealizowanych punktów słynnej listy było utworzenie niezależnych związków zawodowych, które miały bronić praw pracowników i m.in. brać udział w ustalaniu wysokości wynagrodzenia, poprawieniu warunków pracy służby zdrowia. Wynegocjowano ograniczenie cenzury oraz zwiększenie wypłat, a także przywrócenie do pracy zwolnionych w latach 1970 i 1976 uczestników strajków. Porozumienia zmieniły jednak nie tylko - choć na krótko - sytuację socjalną wszystkich pracujących, ale przede wszystkim mentalność Polaków, którzy zaczęli się solidaryzować z grupą nieznanych ludzi, walczących o polepszenie warunków życia całego narodu.
Zobacz jak doszło do podpisania przełomowych porozumień sierpniowych w programie "Solidarność, początek rewolucji" 30 sierpnia, w poniedziałek o godz. 15:30 na kanale Discovery World.

Najczęściej czytane24 htydzień
- Matura 2012. Język niemiecki, poziom ...
- Matura 2012. Chemia, poziom podstawowy i ...
- Matura 2012. Chemia, poziom podstawowy i ...
- Matura 2012. Język niemiecki, poziom ...
- Matura 2012. Chemia, poziom podstawowy i ...
- Matura 2012. Biologia, poziom podstawowy ...
- Matura 2012. Biologia, poziom podstawowy ...
