Miłość czy prezerwatywy? [LISTY CZYTELNIKÓW]

zebrała: et
18.02.2011 , aktualizacja: 18.02.2011 16:08
A A A Drukuj
Zajęcia z wychowania seksualnego Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta Zajęcia z wychowania seksualnego
Od tygodnia na GazetaEdukacja.pl i na łamach "Gazety Wyborczej" rozmawiamy o wychowaniu seksualnym. Wypowiadali się autorzy podręczników, psychologowie, pracownicy organizacji pozarządowych. Dziś oddajemy głos naszym czytelnikom. Czy podzielają poglądy zaproszonych przez nas do dyskusji ekspertów? Jakie rozwiązania proponują?
Młodzież pragnie miłości, nie prezerwatyw

Sposób w jaki GW prezentuje problem uświadomienia seksualnego jest daleki od naszej kultury. Przygotowanie młodych ludzi do życia małżeńskiego i rodzinnego to nie tylko sposoby tzw. zabezpieczania się, płatki róż i świece, ale coś dużo więcej. I o tym "więcej" rozmawiam z młodzieżą, bo ona pragnie miłości a nie rozdawania prezerwatyw i instruktażu ich nakładania. To dorośli wyobrażają sobie, że im pomogą, a to guzik prawda. Młodzież jest czujna na to co prawdziwe i dobre i szybko "wyczai" intencje nauczyciela. Dlatego zwykłej, nawet celowej deprawacji proponowanej przez was nie kupi.

Belferka

Edukację seksualną należy rozpocząć od rodziców i wychowawców dzieci

Po przeczytaniu obu artykułów zawartych w "Gazecie Wyborczej" z dnia 14 lutego 2011 r., nasuwa się pewien wniosek. Otóż, autorka obu artykułów oraz cytowane w nich osoby poruszają przede wszystkim kwestię odpowiedzialności za wychowanie seksualne, która przez rodziców scedowana jest na szkołę i odwrotnie. Jednocześnie przytacza się badania GFK Polonia, z których wynika, "...że w Polsce uprawiało już seks 12 proc. dzieci w wieku 12-15 lat i co trzeci 16- i 17-latek". W związku z tym pojawia się pytanie, dlaczego kwestie seksualności są poruszane dopiero z nastolatkami, kiedy część z nich inicjację lub inne doświadczenia seksualne ma już za sobą? Od gimnazjalistów oczekujemy dojrzałej postawy i zaangażowania w zajęcia WDŻ, pomijając kilka istotnych kwestii związanych z ich wiekiem rozwojowym.

Po pierwsze, zakładając, że seksualność była do tej pory tematem tabu, należy wziąć pod uwagę fakt, że młodzież może mieć trudności w swobodnym wypowiadaniu się na temat seksualności - chociażby ze względu na problemy z nazewnictwem części ciała (w ogólnym obiegu funkcjonują z reguły wulgaryzmy bądź "spieszczenia", które nie koniecznie nadają się do prezentacji w czasie zajęć).

Po drugie, nastolatki są pod wpływem bardzo aktywnych w tym czasie hormonów, co utrudnia "rozumowe" podejście do kwestii związanych z rozwojem psychoseksualnym.

Po trzecie, skuteczność i trwałość wiedzy dotyczącej seksualności byłaby z pewnością wyższa, gdyby wyprzedzała w czasie doświadczenia młodzieży.

I po czwarte niezbędna jest rzetelna, wolna od mitów wiedza dorosłych na temat seksualności i swoboda w jej przekazywaniu.

Moim zdaniem edukację seksualną należy rozpocząć od rodziców i wychowawców dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, bo to oni stają w obliczu pierwszych pytań dotyczących seksualności stawianych przez dzieci (Skąd się biorą dzieci? Czym się różnią dziewczynki od chłopców? itp.). Rzetelne dpowiedzi na te pytania stanowią fundament do rozmów dzieci z dorosłymi na temat seksualności na kolejnych etapach rozwoju.

Byłabym również ostrożna, jeśli chodzi o obarczenie odpowiedzialnością za edukację seksualną tylko jednej ze stron: rodziców bądź szkoły. Za optymalną sytuację uważam gotowość (wiedzę i kompetencje komunikacyjne) zarówno rodziców, jak i nauczycieli, co daje dzieciom i młodzieży możliwość wyboru źródła wiedzy czy pomocy w rozwiązaniu problemu w zależności od okoliczności.

Pozostaje więc pytanie: kto i w jaki sposób ma przygotowywać zarówno rodziców, jak i nauczycieli do rozmów na temat seksualności? A odpowiedzi na te pytania powinno udzielić Ministerstwo Edukacji.

A.W., pedagog

Na WDŻ pokazuje się życie od strony kury, koguta i kurcząt domowych

A kto uświadomi MEN i innych "edukatorów" od siedmiu boleści, że "wychowanie do życia w rodzinie" to NIE "wychowanie seksualne"!? I że do tego drugiego nie nadają się katecheci, osoby mówiące o sprawach związanych z seksem zgodnie ze swoją religią/przekonaniami a nie faktami, nauczyciele którym dodano "dodatkową godzinę"?!

Takie podejście od dawna mnie mierzi, i jako byłą uczennicę zmuszoną do chodzenia na takowe zajęcia, i młodą dorosłą osobę. W podstawówce takie zajęcia zaczynały się chyba w 6 klasie. I już wtedy, choć jako jedna z niewielu, wiedziałam więcej, niż mówiono nam w czasie zajęć. Co więcej, podawane nam informacje były ogólnikowe, i dotyczyły życia rodzinnego "ugłaskanego", doskonałego i od strony "kury, koguta i kurcząt domowych". Mam na myśli to, że w dużym skrócie opowiadano, jak dochodzi do stosunku, jak przebiega ciąża, poród, wychowanie.

Zajęcia praktyczne pt. "jak kąpać dziecko", pseudo-rozmowy o tym, ile chce się mieć dzieci ("pseudo" dlatego, że pod presją "nauczycielki" opowiadającej, ile to ma cudownych dzieci oraz grupy, która mogła krzywo spojrzeć na kogoś, kto nie chce mieć potomstwa), jak wygląda prezerwatywa (która jest gorsza niż, archaiczny i nieskuteczny zresztą, "kalendarzyk małżeński"). To nie da absolutnie żadnego przygotowania psychicznego ani wiedzy nastoletnim uczniom. Pomijając tę niewielką część młodzieży, która miała to szczęście - samodzielnie lub od innych osób, zarówno rówieśników, jak i starszych od siebie - zdobyć szeroką wiedzę związaną z seksualnością człowieka, reszta chce wiedzieć, co, jak, kiedy, z kim i z czego użyciem rozpocząć życie intymne, prowadzić je, czy też nie.

Takie zajęcia powinny prowadzić osoby otwarte, i - mówiąc wprost - albo już z "praktyką", albo z dużą, różnorodną wiedzą i dogłębną znajomością różnych poglądów, filozofii i teorii związanych z seksem. Które nie będą - jako taki nauczyciel - katolikiem, katechetą, robiącym to po łebkach i w atmosferze "to jest tabu i co ja w ogóle tu robię". Są tacy ludzie, ale niestety, ani szkoły, ani MEN o to nie dba.

Wiedzę biologiczną/anatomiczną, "praktyczną" typu "jak zająć się dzieckiem" czy moralną - tylko to wpaja się na "wychowaniu do życia w rodzinie". Czasem coś o stosunkach; ale wszystko oczywiście w tonie politycznej, religijnej, etycznej, moralnej, społecznej i stereotypowej zachowawczej poprawności. "Wychowanie/edukacja seksualna" to już coś zupełnie odmiennego. Należałoby połączyć tu i wiedzę biologiczną/anatomiczną, i tą o środkach antykoncepcji, i o chorobach, psychicznych aspektach, konsekwencjach uprawiania seksu za wcześnie, z kimś, z kim w pewnym sensie nie warto.

I-M

Podziel się

  • Miłość czy prezerwatywy? [listy czytelników] lk10 24.02.11, 10:43

    Trudno już o tym słuchać i czytać. Jeżeli ludzie wychowują się w normalnych rodzinach to te sprawy przychodzą jakby same. Bo rodzice najlepiej wiedzą jak rozmawiać lub nie ze swoimi »

  • Re: Miłość czy prezerwatywy? [listy czytelników] mahadeva 24.02.11, 12:46

    milosc przychodzi sama, ale prezerwatywy nie spadaja z nieba, a sa potrzebne do ochrony przed chorobami i ciazaco to ma niby znaczyc, ze mlodziez chce milosci, a nie prezerwatyw? milosc to »

  • A propos zdjęcia... czarnuch-on-line 24.02.11, 13:08

    Pokazywanie jak zakłada sie prezerwatywę na ogórku to lekka przesada. To już lepiej kupić jakieś dildo za 20 zł na zajęcia. Potem dzieciakom będzie się kojarzyć ogórek z seksem ;»

Znajdź studia, kursy i szkolenia

Polub nas na Facebooku