Dyrektor gimnazjum: Biorę wszystko

Rozmawiał: Michał Placek
27.02.2009 , aktualizacja: 27.02.2009 12:18
A A A Drukuj
Liczy się kawa, herbata, ładne filiżanki i umiejętność rozmawiania z ludźmi. Liczy się kawa, herbata, ładne filiżanki i umiejętność rozmawiania z ludźmi.
Firanki, kafelki, krzaki, lustra, kosiarkę... i to bez pieniędzy. "Liczy się kawa, herbata, ładne filiżanki i umiejętność rozmawiania z ludźmi" - zdradza Małgorzata Olejnik z Gimnazjum nr 37 w Łodzi.
ZOBACZ TAKŻE
W jej "pałacach" przy ul. Jarosławskiej w Łodzi odwiedzam ją wielokrotnie. Nie mogę uwierzyć, że w dzisiejszych trudnych dla szkół czasach jest w Polsce taka, którą stać na pięknie pomalowane ściany, kolorowe firanki w oknach i spełnianie zachcianek uczniów. W urządzonym ze smakiem pokoju pani dyrektor widzę wielki stół, na którym stoją puste filiżanki po poprzednich gościach. Dyrektor Olejnik: - To najważniejsza część mojego gabinetu. Panie Michale (uśmiech), tak dawno pana nie widziałam

Michał Placek: Jest pani zarządcą?

Małgorzata Olejnik: Nie. Dyrektorem.

Dyrektorem, który jednak zarządza pewną firmą?

Nie firmą, wciąż szkołą. Choć wiem, że współcześnie edukacja stała się biznesem, a szkoła to coraz częściej - głównie dla władz - przedsiębiorstwo, które najlepiej, żeby samo na siebie zarabiało. Ale to nie jest tak do końca. Bo choć pieniądze w dzisiejszych czasach nawet w szkole mogą wszystko, to ja pieniędzy nie mam, a i tak mogę powiedzieć, że spełniamy nasze marzenia.

Nie uwierzę, że pani szkoła nie ma pieniędzy. Wystarczy spojrzeć na pani pokój, na salkę baletową wyłożoną lustrami

Może mi pan nie wierzyć. Ja naprawdę tych wszystkich pieniędzy, o których pan mówi, na oczy nie widziałam. Dostaję jak każda inna szkoła konkretną kwotę z wydziału edukacji. I na niewiele mi to starcza. Poza środkami czystości, kredą i usługami remontowymi niczego nie kupuję. Mam inne sposoby.

Nadal nie rozumiem.

Widzi pan, mam taką "ideę fix", która pomaga mi, moim uczniom i nauczycielom mieć, co chcemy. I nie trzeba do tego pieniędzy. Wystarczy współpraca. Pytał pan na początku, czy jestem zarządcą. Ja nie zarządzam, choć kierunek zarządzania skończyłam. Ja menedżeruję. Rządzimy się sami. Bo w szkole jest tak jak w orkiestrze. Tak samo ważny jest ten co raz w trakcie trwania koncertu huknie w bęben, jak i ten, co jest pierwszym skrzypkiem. Marzenie każdego jest tak samo ważne. I wszystkie staram się spełniać.

Ale w jaki sposób?

Ja biorę wszystko - tak brzmi moje główne motto. I nie potrzebuje do tego pieniędzy. Liczy się kawa, herbata, ładne filiżanki i umiejętność rozmawiania z ludźmi. Prędzej czy później pada jakaś propozycja, ktoś chce nam coś dać. A ja to po prostu biorę.

Na przykład?

Jest ich setki. Co roku jedna z naszych świetnych nauczycielek organizuje konkurs ekologiczny przy współpracy z ogrodem botanicznym. Byłam akurat w jury. Przy herbacie rozmawialiśmy sobie z pracownikami ogrodu. Pomyślałam, że mogliby coś nam dać. "Przydałyby nam się krzaczki do naszego ogródka" - rzuciłam z uśmiechem. Odpowiedzieli, że jeśli napiszemy pismo, to dostaniemy. Tak się stało. Nowe krzaczki mam co roku. Innym razem zaprosiłam na herbatę tatę jednego z uczniów - leśniczego. Rok później na święta cała szkoła była w choinkach. Inna szkoła mogłaby kupić choinki czy krzaczki. Ja mówię wprost - na to nie mam pieniędzy.

A kolorowe ściany, lustra w sali baletowej? Też zdobyte taktyką „na kawunię”?

Tak. Bo dziewczynki tak bardzo marzyły o lustrach w naszej salce do ćwiczeń, gdzie mają są lekcje baletu. Sama kiedyś chodziłam na balet i mam sentyment. Co to zresztą za taniec bez luster? Akurat na osiedlu trwały prace remontowe. Gazowe chyba. To były wakacje. Codziennie chodziłam do szkoły i patrzyłam na tych biednych zapracowanych robotników. Ponieważ przychodzili czasami skorzystać ze szkolnej toalety, postanowiłam zaprosić ich szefa na herbatę. Tak po sąsiedzku. Przyszedł, porozmawialiśmy, okazało się, że jego mama też jest dyrektorem szkoły. Co za zbieg okoliczności! Nawiązała się sieć porozumienia. Kilka tygodni później zapytał, czy mamy marzenia. Od razu napomknęłam o lustrach. I to przedsiębiorstwo remontowe załatwiło nam w ramach podziękowania za gościnę całą ścianę luster.

Ma pani chyba jakiś niezwykły wpływ na ludzi?

Nie. Aczkolwiek jak do kogoś dzwonię, to nigdy mi nikt nie odmówi. Może dlatego, każdy jest świadomy, że polska szkoła - także my - jest biedna. Tylko że nowymi firankami uszytymi przez mamę uczennicy czy piękną stroną internetową zrobioną przez męża nauczycielki pokazujemy, że nam się chce działać. I w efekcie ta szara szkoła staje się bardziej kolorową. Bo wszystko składa się z drobiazgów. I jak przychodzą do nas goście, to nie widzą starych okien czy brzydkich schodów, ale właśnie te drobiazgi.

A środki unijne? Można też nieźle „zarobić”!

Biorę udział w projektach unijnych, ale nigdy ich nie piszę. Bo w mojej szkole chcę mieć jak najmniej pieniędzy - one psują ludzi. Wole namacalne rzeczy dla uczniów. Poza tym, jeśli mam tracić czas na długotrwałe rozliczenia i kontrolę tego, to wolę napisać list do prezesa jednej czy drugiej firmy i w ciągu tygodnia dostać płytki podłogowe do pracowni chemicznej. Tak jak ostatnio.

Czy pani „firma” ma jakąś strategię promocji?

W 70 proc. pozytywnych rzeczy o naszej szkole człowiek dowiaduje się od innych, którzy już nas znają. Tak zwana poczta pantoflowa to najlepsza taktyka marketingowa. Dlatego na przykład zaprosiliśmy do naszej szkoły wystawę z IPN, na którą przychodzili okoliczni mieszkańcy, rodzice, etc. Tak samo jest co roku z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. Wtedy pokazujemy się całemu światu. A ile kaw wypijemy!

Pani taktyka za „kawkę” czy „herbatkę” to z jednej strony interesowność, z drugiej żebry. Nie wstydzi się pani?

Ja nie żebrzę. Przekonuję tylko ludzi, że inwestycja w naszą szkołę nie pójdzie na marne. Zresztą to nie jest tak, że biedna dyrektorka błaga o coś. Wszystkich nas sytuacja zmusza, żeby być przedsiębiorczymi, wszyscy walczą. Bo co innego mamy zrobić? Uczniowie z samorządu założyli kawiarnię w jednej z sal. Sprzedają tam herbatę i pączki innym uczniom. Zarobione pieniądze mają na potrzeby samorządu. Gdyby nie to, musiałabym szukać dla nich pieniędzy. Nauczycielka wuefu kupiła sobie nową kosiarkę, starą przywiozła do szkoły, ktoś inny lodówkę oddał. Każdy orze, jak może. Poza tym staram się zatrudniać nauczycieli z pasjami. Mam historyka fana harleyów, anglistę lubującego się w starych samochodach. Chcę ich mieć u siebie nie tylko dlatego, że są dobrymi nauczycielami. Bo oni wyjdą z uczniami po godzinach pracy na bazar samochodowy albo zrobią kółko zainteresowań, z którego sami będą mieli wielką radość i nie będą chcieli za to ani grosza. Taki nauczyciel z pasją potrafi za darmo dawać siebie uczniom. Ktoś kiedyś powiedział, że w zarządzaniu najważniejsze są nie techniki, ale ludzie. Gdyby nie mój zespół, moja słynna "kawka" podana w chińskiej porcelanie, zbyt wiele bym nie wskórała.

Podziel się

  • Dyrektorka gimnazjum: Biorę wszystko sselrats 06.03.09, 17:59

    Pogratulowac i dac jako przylkad. Od tej Pani nie slyszy sie, ze nie mozna, ze sie nie da, ze sie nie oplaca. No moze tylko "sytuacja zmusza, żeby być przedsiębiorczymi". A dlaczego nie byc »

  • Re: Dyrektorka gimnazjum: Biorę wszystko julka571 07.03.09, 03:12

    cyt: "Bo w mojej szkole chcę mieć jak najmniej pieniędzy - one psują ludzi"Ciekawe kogo pani dyrektor miała na myśli.»

  • Nie wierzę angrusz1 09.03.09, 22:17

    Najczęściej praktyka jest taka , że zamożny rodzic, właściciel firmy ( remontowej , hurtowni ...itp ) przekazuje szkole to i śmo za darmo ??!! za stopnie , za tolerowanie złego zachowania »

Znajdź studia, kursy i szkolenia

Polub nas na Facebooku