Daleko od Oksfordu

Stefan Jackowski*
21.02.2008 , aktualizacja: 20.02.2008 21:52
A A A Drukuj
Jeśli chcemy mieć "polski Oksford", to orła na dyplomach zastąpmy godłem uczelni, wzmocnijmy system akredytacji i stwórzmy uniwersytety badawcze.
Uniwersytet Warszawski
Fot. Bartosz Bobkowski / AG
Uniwersytet Warszawski
ZOBACZ TAKŻE
Na indeksach i dyplomach polskich uczelni (także prywatnych!) widnieje orzeł, co odzwierciedla ustawową odpowiedzialność państwa za jakość edukacji.

Standardy kształcenia i akredytacja

Konsekwencją państwowej pieczęci na dyplomach jest nadanie wytycznym dotyczącym programu nauczania - zwanym standardami kształcenia dla kierunków studiów - rangi rozporządzenia ministra. Państwowa akredytacja kierunków studiów opiera się przede wszystkim na sprawdzeniu, czy uczelnie zatrudniają dostatecznie kwalifikowanych nauczycieli akademickich oraz czy prowadzą studia zgodnie ze standardami kształcenia. Idea akredytacji jest oparta na rozwiązaniach stosowanych od dawna w USA, które poprzez zachodnią Europę trafiły do Polski. Faktycznie charakter działań Państwowej Komisji Akredytacyjnej jest odmienny od pierwowzoru, bo nie obejmuje udziału w ustanawianiu standardów kształcenia. Ten system nie sprzyja modernizacji programów studiów, także dlatego, że zmiana rozporządzenia ministra wymaga skomplikowanej procedury legislacyjnej. Na wady takiego usytuowania standardów kształcenia zwracano uwagę w raporcie OECD o szkolnictwie wyższym w Polsce już w roku 1996!

Kadry

Póki dyplom ma mieć państwową licencję, póty państwo nie powinno rezygnować z kontroli jakości kadry. Obecna forma habilitacji, z rozprawą, kolokwium i wykładem, wydaje mi się nieco przestarzała. Ocena dorobku naukowego i potwierdzenie kwalifikacji do wykładania mogłyby być dokonywane przez organ zewnętrzny w stosunku do uczelni, co ograniczałoby negatywne skutki krytykowanego zjawiska "wsobnego chowu" kadry naukowej. Procedura kwalifikacyjna powinna także obejmować cudzoziemców i repatriantów, którzy chcą podjąć pracę na polskich uczelniach - tak jest np. we Francji. Otrzymanie certyfikatu nie oznacza automatycznie otrzymania określonego stanowiska na uczelni, a jedynie prawo do ubiegania się o nie.

Jeśli natomiast chcemy mieć w Polsce "drugą Amerykę", to zrezygnujmy z orła na dyplomach, zastąpmy go godłem uczelni i rozbudujmy jednocześnie system akredytacji o merytoryczną ocenę aktywności badawczej jednostki prowadzącej studia. Wtedy państwowe stopnie i tytuł naukowy przestaną być potrzebne.

Rozdrobnienie szkolnictwa wyższego

Polskie szkolnictwo wyższe jest rozdrobnione. Nawet w niewielkich ośrodkach współistnieją uniwersytety, politechniki, akademie medyczne, szkoły artystyczne, pedagogiczne, rolnicze itp. Z kolei wydziały wielkich uczelni, a nawet mniejsze jednostki, działają często tak, jak gdyby były autonomicznymi podmiotami. Prywatne szkoły ograniczają się do prowadzenia rynkowych kierunków. Taka struktura szkolnictwa wyższego jest odmienna zarówno od systemu amerykańskiego, jak i zachodnioeuropejskiego, gdzie dominują uczelnie znacznie bardziej wszechstronne i wewnętrznie zintegrowane. Rozdrobnienie wpływa negatywnie na miejsce zajmowane przez polskie uczelnie w międzynarodowych rankingach osiągnięć badawczych, bo kadłubowe polskie szkoły wyższe stają w szranki z koncernami naukowo-dydaktycznymi.

Rozdrobnienie jest też ważnym źródłem dysproporcji kadry niektórych specjalności w stosunku do liczby studentów. W większości uniwersytetów na świecie matematycy, fizycy, chemicy i biolodzy nauczają, obok adeptów swoich dziedzin, kandydatów na inżynierów, agronomów, weterynarzy i lekarzy. A u nas czołowi specjaliści zatrudnieni w uniwersytetach nie maja szans uczyć świetnych studentów medycyny, bo akademie medyczne mają własnych nauczycieli przedmiotów podstawowych. Często podobnie dzieje się na uniwersyteckich wydziałach - miewają one "swoich" nauczycieli matematyki, fizyki, psychologii, pedagogiki, filozofii czy socjologii, zamiast korzystać z kadry wydziałów odpowiednich dziedzin w tej samej uczelni!

Prawo o szkolnictwie wyższym wyróżnia w uczelniach "jednostki prowadzące kierunek studiów". Rady takich jednostek mają prawo ustalania planów i programów studiów na odpowiednich kierunkach - przy czym nie ma prawnych mechanizmów zapewniających udział specjalistów z dziedzin podstawowych wchodzących do programu studiów, ale niereprezentowanych w danej radzie. Od liczby prowadzonych kierunków studiów i tzw. praw do nadawania stopni naukowych zależą rozmaite przywileje uczelni; np. możliwość używania w swej nazwie pożądanego słowa "uniwersytet". Mamy więc coraz więcej przymiotnikowych uniwersytetów - medycznych, muzycznych, przyrodniczych. Prawo pcha uczelnie do otwierania studiów na jak największej liczbie kierunków, bez oglądania się na jakość.

Czas na uczelnie badawcze

University of Oxford swą sławę zawdzięcza temu, że bardzo szerokie spektrum dyscyplin jest tam postawione na najwyższym światowym poziomie. Pod dachem jednego college mieszkają i uczą się studenci różnych kierunków, a profesorowie specjaliści z odległych dziedzin spotykają się w common room i na obiedzie przy high table. Żadna polska uczelnia nie tworzy tak otwartej przestrzeni do przenikania się dziedzin wiedzy i kontaktów specjalistów je reprezentujących.

Powiązanie nauczania z badaniami naukowymi jest warunkiem prowadzenia elitarnego kształcenia na poziomie magisterskim i doktorskim, które jest niezbędne dla prawidłowego funkcjonowania całego systemu edukacji. W tle polskiego prawa wciąż pokutuje archaiczna wizja relacji badań i kształcenia. Prawo o szkolnictwie wyższym traktuje uczelnie jako instytucje głównie dydaktyczne, a ustawa o finansowaniu nauki nie dostrzega wagi uczelni jako ośrodków badawczych. Związek kształcenia akademickiego z prowadzeniem badań naukowych znalazł odbicie w ustawodawstwie niektórych krajów Unii Europejskiej: W Danii osobna ustawa dotyczy "research-based education", a w Holandii problemy szkolnictwa wyższego i finansowania badań naukowych są regulowane w jednej ustawie.

Wprowadzenie do prawa o szkolnictwie wyższym pojęcia "uczelni badawczych" było proponowane w 2003 r. przez Senat Uniwersytetu Warszawskiego. Status uczelni badawczej powinien być nadawany uczelni przez władze państwowe na ustalony okres (np. dziesięć lat i ewentualnie odnawiany), na podstawie obiektywnych wskaźników wolumenu i jakości badań naukowych, kwalifikacji nauczycieli akademickich oraz merytorycznej oceny jakości działalności dydaktycznej, a także przedstawionego programu rozwoju. Finansowanie uczelni badawczych powinno być oparte na odpowiednim uwzględnieniu zadań badawczych i dydaktycznych - nie mogą ich dotyczyć sztywne normy wymiaru pensum dydaktycznego.

Uczelnie badawcze powinny zatrudniać krajowych i zagranicznych specjalistów o międzynarodowej renomie, reprezentujących szerokie spektrum dyscyplin, poświęcających czas na prowadzenie badań i kształcenie w tej uczelni. Niezbędne jest zachowanie umiarkowanej proporcji liczby studentów do liczby nauczycieli akademickich. Organizacja i przestrzeń uczelni badawczych winna sprzyjać kontaktom i wspólnym przedsięwzięciom przedstawicieli różnych dyscyplin; wymagać ich współpracy w kształtowaniu programów i prowadzeniu kształcenia. Niezbędne jest posiadanie nowoczesnej infrastruktury informatycznej oraz rozwijanie kontaktów z wysoko notowanymi i uczelniami na świecie. Uczelnia badawcza powinna zabiegać o najzdolniejszych studentów i doktorantów, zapewniając im bazę socjalną stwarzającą godne warunki życia i nauki z dala od domu.

Do oceny uczelni aspirujących do statusu uczelni badawczej winni być zaangażowani obok krajowych uczonych także eksperci zagraniczni. Państwo powinno w uczelnie badawcze inwestować, ale zarazem wymagać od nich wymiernych efektów. Tak mogłaby się zacząć droga do polskiego Oksfordu....

*Autor był przez wiele lat dziekanem Wydziału Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego; obecnie jest prezesem Polskiego Towarzystwa Matematycznego.

***

Czekamy na Wasze listy: listydogazety@gazeta.pl

Podziel się

Znajdź studia, kursy i szkolenia

Polub nas na Facebooku