Jak Polacy o seksie nie mówią

Tomasz Kwaśniewski
2007-02-26 , aktualizacja: 26.02.2007 10:22
A A A Drukuj
Jesteśmy hipokrytami i nie potrafimy rozmawiać o seksie wprost. Siedząc przy kawiarnianym stoliku, musimy używać eufemizmów, bo inaczej musielibyśmy mówić przekleństwami
- Żeby przeprowadzić porządne badania dotyczące języka miłości i seksu, trzeba by zamontować magnetofony pod łóżkami, ławkami w parku lub kawiarnianymi stolikami - mówi językoznawca dr Marek Kochan.

Ale to nie znaczy, że językoznawcy nie mają swoich obserwacji.

- Ulica, fikcja literacka, film pokazują, że język miłości się zmienił - komentuje prof. Włodzimierz Gruszczyński. Jego zdaniem nastąpiła dewaluacja słów. - Współczesna młodzież, a to przecież ona odpowiada głównie za tworzenie nowego języka, nie lubi wielkich słów. A jeśli już ich używa, to w ironicznym cudzysłowie - mówi profesor.

I dodaje: - Dziś mówienie o poważnych uczuciach uznawane jest za przejaw ekshibicjonizmu albo objaw słabości. Jesteśmy hipokrytami i nie potrafimy rozmawiać o seksie wprost. Siedząc przy kawiarnianym stoliku, musimy używać eufemizmów, bo inaczej musielibyśmy mówić przekleństwami.

Parcie na szkło

Tak się akurat złożyło, że z dr. Markiem Kochanem o języku miłości i seksu rozmawiam przy kawiarnianym stoliku.

- Polacy są wylewni wtedy, gdy mają szansę trafić do telewizji. Parcie na szkło przełamuje wstyd. Dlatego coraz więcej jest programów, w których ludzie ujawniają swoją intymność. Przez to upublicznianie deformacji ulega naturalna relacja intymna. Już nie jest tak, że "coś mówię tobie", tylko "innym mówię, że tak mówię tobie". Chodzi więc o poklask publiczności, a nie czułość - tłumaczy Marek Kochan.

I tak powstaje stereotyp budowany przez media: publiczne wyznania muszą być napuszone, a jednocześnie niby-autentyczne i stąd te wszystkie zdrobnienia typu "misiaczku", "pysiaczku".

To nie wszystko, za co odpowiedzialne są media.

- Ostatnio pewien dyrektor w urzędzie wojewódzkim molestował swoją pracownicę, używając słowa "muszelka". Po tym jak media upubliczniły tę informację, to słowo wejdzie do obiegu, wielu ludzi pomyśli: skoro inni tak mówią, dlaczego ja mam tego nie robić - mówi Marek Kochan.

- Ale z drugiej strony jak to inaczej nazwać? - zastanawia się dr Kochan. - Kiedy "Cosmopolitan" wchodził na rynek, to zrobili badania i okazało się, że o seksie Polacy mówią albo za pomocą języka medycznego, albo wulgaryzmów. Albo weźmy taką książkę "Monologi waginy". Czy myśli pan, że lepiej by było ten tytuł przetłumaczyć jako "Monologi muszelki"? "Monologi kuciapki"? A może "Monologi pizdy"? - zastanawia się dr Kochan, a ja się robię czerwony, bo przecież jesteśmy w kawiarni.

Na szczęście dr Kochan już pędzi za następną myślą:

- Kolejnym czynnikiem, który kształtuje nasz sposób mówienia o seksie i miłości, jest reklama. Chodzi mi o język natychmiastowego zaspokajania potrzeb. Głodny? Baton. Pić? Napój. Chcesz kobiety? Weź sprawy w swoje ręce, to znaczy weź poradnik i zobacz, jak to się robi. Są na to algorytmy! - opowiada Kochan.

"Sexzdwiema"

Marta Piątkowska, 22-letnia redaktorka wortalu kobieta.gazeta.pl: - W internecie są dwie ścieżki do osiągnięcia tego samego celu - dłuższa i króciutka.

Dłuższa jest związana z poszukiwaniem "miłości" i polega na mówieniu językiem kwiecistym i górnolotnym.

- A szybsza ścieżka?

- Widać ją na czatach. Często już w loginie wiadomo, o co chodzi: "sexzdwiema"; "małolatezerzne"; "zrobiszlodzika?"; "zrobieminetke"; "stopywylize", "żonata" itd.

- Czyli wulgaryzmy?

- Ludziom łatwiej w internecie napisać "fiut" niż "penis", "cipa" niż "wagina". Zresztą po tym można poznać wiek internauty. Im więcej używa wulgarnych słów, tym bardziej wiadomo, że to nastolatek, którego podnieca samo mówienie.

Gdyby doktor Kochan uczestniczył w naszej rozmowie, powiedziałby, że język nienaruszający tabu jest w internecie czymś sztucznym.

Profesor Gruszczyński dodałby, że to dlatego na czatach wulgaryzmów używają głównie nastolatki, bo im sprawia przyjemność łamanie tabu.

Doktor Kochan dorzuciłby jeszcze, że wulgaryzmy są rezerwuarem języka seksu. Seks jest przekroczeniem tabu, wulgaryzmy podobnie.

- Pojawiły się w internecie jakieś nowe słowa związane z seksem? - dopytuję Martę.

- Wchodzą angielskie odpowiedniki. Na przykład "blow job", "fisting", "pissing". Nikt nie powie, że ma ochotę na "złoty deszcz", to obciach. Ale chyba ważniejsza jest dziś mowa obrazków. Jeśli ona na swoim profilu zamieściła zdjęcie w bikini, to wiadomo, o co jej chodzi. Jeżeli jest w swetrze, to wiadomo, że trzeba będzie się napracować.

Joystick i myszka

Doktor Kochan uważa, że gdy chodzi o "miłość na całe życie", potrzebny jest prawdziwy rytuał, odwołanie się do jakiegoś kodu. Dla jednych może to być sonet Petrarki, dla drugich "Monty Python", dla trzecich hip-hop.

- Przekaz intymny podlega szyfrowaniu, nie ma szyfru ogólnoludzkiego - mówi Kochan.

Jak to wygląda w praktyce?

- W każdej grupie wytwarza się specyficzny język. Powiedzmy w grupie murarzy może tu chodzić o szpachlowanie czy tynkowanie. W przypadku pracowników sklepu warzywnego mogą być skojarzenia z ogórkiem, w przypadku tych z piekarni mogą to być bułki...

- No dobra, a co będzie, jak pracownica warzywniaka spotka się z piekarzem?

- Wtedy będą musieli wejść na ogólniejszy poziom i dogadać się np. w języku komputerów. Teraz to bardzo popularny język. Mogą więc mówić o klikaniu, o logowaniu się, o joystickach i myszkach. Tak właśnie powstaje nowy, intymny język. Kiedyś przez to, że w filmach zamiast scen erotycznych pokazywano kwiaty, mówiło się: "chodźmy zasadzić pelargonie". Dziś może to być "wymiana plików" czy "łączenie pamięci".

- Dlaczego nasz język seksu i miłości jest dziś tak ubogi? - pytam znawców.

Profesor Gruszczyński: - Od II wojny światowej przez PRL nastąpiła kompletna zatrata wpływu elit. Język parobków stał się językiem publicznym. A po 1989 roku język zaczęli dyktować nowobogaccy. I znów nie było się na kim wzorować. Ale mam nadzieję, że kiedyś powstanie nowa elita, a z nią nowe wzory. Bo język intymny powinien się zmienić. Musimy przestać się wstydzić!

Podziel się