Zawodowe nie znaczy gorsze

rozmawiała Aleksandra Pezda
21.10.2009 , aktualizacja: 20.10.2009 20:32
A A A Drukuj
Lepsze ogólne i porządne wykształcenie wyższe zawodowe niż magisterskie, ale kiepskiej jakości mówi prof. Krzysztof Rybiński
Krzysztof Rybiński
Fot. Filip Klimaszewski / AG
Krzysztof Rybiński
SERWISY
Aleksandra Pezda: Gerontokracja, blokowanie kariery zawodowej młodych, dwuetatowość, multistudiowanie - czy to największe grzechy szkolnictwa wyższego?

prof. Krzysztof Rybiński: W ostatnich 20 latach liczba studentów wzrosła pięciokrotnie. Ten wielki sukces ilościowy odbył się kosztem obniżenia jakości badań naukowych oraz kształcenia. Nie nastąpiła też poprawa w zarządzaniu uczelniami. Dlatego mamy bardzo długą i trudną ścieżkę zawodową młodych pracowników nauki - profesorem tytularnym można zostać po sześćdziesiątce, habilitacja średnio odbywa się po 45. roku życia. Bardzo niska jest również jakość współpracy uczelni z biznesem. Po każdym spotkaniu z przedsiębiorcą jestem przerażony, jak niskie oni mają mniemanie o polskich uczelniach. Dlatego odbudowa jakości jest tym, co musimy zrobić - i to nie w perspektywie generacji, tylko w najbliższej dziesięciolatce.

Co jest największym zagrożeniem dla naszych uczelni?

- Jest ich wiele, różnej wagi. Niektóre nazwałbym śmiertelnymi. Są to: demograficzne tsunami, które nas czeka, zmiany w finansowaniu badań naukowych w Europie oraz cios w naszą gospodarkę, o ile szkolnictwo wyższe się nie zmieni.

Pierwsze zagrożenie wynika z prostego faktu: do roku 2020 liczba "tradycyjnych" studentów spadnie u nas o blisko 40 proc. To największy spadek wśród krajów OECD.

Biorąc pod uwagę obecne możliwości uczelni publicznych, tę obniżoną populację one obsłużą bez kłopotu, ale padnie większość uczelni prywatnych. Studenci z nich odpłyną, żeby nie płacić czesnego.

Może nie musimy się martwić o uczelnie prywatne, bo to prywatne przedsiębiorstwa?

- Można je potraktować jak zwykłe przedsiębiorstwa, które po prostu mogą upaść. Tym bardziej że są wśród nich złe uczelnie, które de facto "sprzedają" dyplomy, a udają, że kształcą. Dla nas będzie jednak lepiej, jeśli zadbamy o przyszłość dobrych uczelni. A takie są również wśród prywatnych. Tak samo jak wśród publicznych są złe. Dlatego postulowałbym, żeby zerwać z podziałem na uczelnie publiczne i prywatne. A zacząć stosować nowy - te, które są dobre, i te, które są złe.

To oznacza finansowanie z budżetu państwa uczelni prywatnych. Wówczas publiczne będą chciały wprowadzić czesne dla wszystkich studentów.

- Tego nie unikniemy. Nawet jeśli wziąć pod uwagę, że temat jest politycznie niewygodny. Nadrzędnym celem szkolnictwa wyższego musi stać się jakość. Musimy zadbać więc o to, żeby naprawdę dobre uczelnie przetrwały demograficzne tsunami, aby wyszły z niego silne, z sukcesami, konkurujące na globalnym rynku wiedzy. Tymczasem Polska zajmuje ostatnie miejsce w UE, jeśli chodzi o odsetek studentów zagranicznych - tylko 0,6 proc. studiuje na naszych uczelniach, ościenne kraje goszczą ich kilkukrotnie więcej. To wskazuje na to, jak mało atrakcyjne jest nasze szkolnictwo wyższe.

Z reguły problem dotyczy słabych umiejętności językowych wykładowców.

- W wielu dziedzinach, zwłaszcza technicznych, angielski powinien być językiem wykładowym, niezależnie od obecności obcokrajowców, aby absolwenci umieli konkurować w globalnym świecie badawczym. Dodam, że najbardziej mobilną grupą studencką na świecie są Chińczycy - co roku zagraniczne studia wybiera ich prawie 500 tys. Poważnie zastanowiłbym się nad ofertą dla nich w Polsce. My jednak wolimy się klinczować w naszym piekiełku bojów o habilitację czy dwuetatowość. Nie mamy przez to szans na dyskusję o poważnych wyzwaniach.

Chciałbym zobaczyć awans polskich uczelni do ścisłej czołówki liczących się międzynarodowych rankingów, np. "Times'a" albo szanghajskiego. Teraz nasze dwie flagowe uczelnie lądują tam w czwartej setce, a reszty nie ma. Za to ekscytujemy się się rankingiem "Perspektyw".

Jeśli tam nie dojdziemy, co się stanie?

- To może być groźne dla polskiej gospodarki. Zwłaszcza że Europa już zrozumiała, że aby sprostać potędze USA i Chin, musi walczyć o wzrost innowacyjności. W nowej perspektywie finansowej UE będzie na to znacznie więcej pieniędzy. Dostaną je tylko ci, którzy potrafią prowadzić badania na najwyższym poziomie. Nie będzie dla nas taryfy ulgowej jak dotąd, kiedy jako nowe państwo członkowskie koledzy dopraszali nas do konsorcjów. Jeżeli w najbliższej pięciolatce nie zbudujemy kilkuset zespołów badawczych, które wspólnie z biznesem będą w stanie powalczyć z Brytyjczykami, Niemcami i Francuzami o nowe granty badawcze, nie dość, że stracimy pieniądze, to jeszcze będziemy finansować ich badania z własnej kasy. Już teraz z europejskich programach finansujących badania, nie odzyskujemy połowy pieniędzy, które umieszczamy tam w ramach zrzutki.

Jak do tego dojść, skoro mówi się, że nawet stopień doktora otrzymują dzisiaj w Polsce ignoranci?

- Uczelnie oferują wykształcenie, z którym - poza nielicznymi wyjątkami - absolwenci nie są konkurencyjni na rynku pracy. Również dlatego, że nie współpracują z biznesem. Powód? Nie dbają o uzyskiwanie od absolwentów i pracodawców informacji zwrotnych o jakości i przydatności studiów, a to powinno wpływać na modernizowanie procesu dydaktycznego.

Przede wszystkim jednak musimy przywrócić normalność, jeśli chodzi o oczekiwania wobec absolwentów. W Polsce każda uczelnia, nawet zawodowa, chce zostać uniwersytetem. A z badań popytu na kompetencje przeprowadzonym w 2008 roku wynika, że będą nam na równi potrzebni ludzie zwykszłcenie wyższym uniwersyteckim, jak i z wyższym zawodowym. To oznacza, że będziemy potrzebowali dobrze przygotowanych do pracy licencjatów, którzy mają podstawowe kompetencje zawodowe, potrafią szybko podjąć pracę, ale także nauczyć się nowych rzeczy. Nie może być już tak, jak dotąd, że wszyscy potrzebują magistrów. W ten sposób napędzamy taki mechanizm - przeciętny absolwent szkoły średniej idzie na byle jakie, łatwo dostępne studia, np. pedagogikę. Kończy je, żeby tylko zdobyć dyplom magistra. A zatrudnia się np. w banku. I tam uczy się od początku. Wystarczyłby mu licencjat. Studia mógłby kontynuować potem, a tak niepotrzebnie marnuje dwa lata.

Musimy więc przywrócić na rynku pracy miejsce dla licencjatów. Studia magisterskie nie mogą być dłużej jedyną ścieżką awansu lub barierą w znalezieniu pracy, np. w administracji publicznej. Lepsze jest ogólne i porządne wykształcenie wyższe zawodowe niż magisterskie, ale zbyt specjalistyczne i kiepskiej jakości. Musimy przywrócić szacunek dla wyższego szkolnictwa zawodowego.

Krzysztof Rybiński* - ekonomista, profesor SGH, partner w Ernst & Young, koordynuje prace zespołu opracowującego projekt strategii szkolnictwa wyższego do roku 2020

Podziel się

  • Zawodowe nie znaczy gorsze komentator4 22.10.09, 15:42

    Gazeta jest konsekwentna. Po Klausie Bachmannie drugi "profesor" reformuje polską naukę. Pseudoprofesor uprawiający pseudonaukę na pseudouczelni. Przecież SGH w Warszawie jest sławna z tego,»

  • Re: Zawodowe nie znaczy gorsze jg46889 22.10.09, 21:09

    W mojej opinii SGH cierpi na patologie organizacyjne, naukowo jest OK.Natomiast Rybiński od niedawna pracuje w SGH, wcześniej wykładał na UW.»

  • Kłamstwo raczej nie przystoi takiemu "profesorowi" mistrzedukator 26.10.09, 09:52

    Przecież na SGHu wszyscy dobrze wiedzą, że 5.10.2009 Akademia LeonaKoźmińskiego została wymieniona na 36tym miejscu rankingu Financial Times adwa tygodnie poźniej ich Executive MBA znalazło »

Znajdź studia, kursy i szkolenia